Takie pytanie padło w jednym z komentarzy. A jako, że lubię zastanawiać się nad takimi sugestiami to trochę sobie pofilozofuję :)
Więc wracając do pytania: czy się za bardzo nad sobą nie użalam?
Odpowiedź brzmi: na blogu tak.
Czemu? Po to jest ten blog aby wyrzucić z siebie pewne rzeczy.
Czy użalam się na co dzień? Nie.
Na blogu mogę ponarzekać, powyrzucać z siebie co mi leży na watrobie, tudzież żołądku :P. Matka mnie wkurzy, nagadam na nią i mi przechodzi. Nie można przecież cały czas trzymać tych negatywnych emocji w sobie bo by człowiek zwariował. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że przez 90% czasu jestem silnym człowiekiem. Szalona optymistka, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Jednakże zawsze czai się gdzieś ten 10% gdy uważam siebie za beznadziejną i nic nie wartą. Latami pracowałam nad tymi procentami: w gimnazjum stosunek był odwrotny :(.
Moje jedzenie kompulsywne jest odpowiedzią na wieloletnie znęcanie się psychiczne, rzadziej fizyczne (ale jednak) mojej rodziny. W sumie jak nad tym pomyślę to chyba nie ma nikogo kto by normalnie w niej funkcjonował. Każdy ma jakieś odchyły związane z przebywaniem w dysfunkcji tudzież patologii (na wsi, na przeciwko nas mieszkała ciotka z mężem alkoholikiem i dziećmi). Jeden brat jest kompletnie zamknięty w sobie. Kiedy tylko może ucieka z domu ( w sensie wychodzi i wraca w nocy, nigdy nikogo do nas nie zaprasza), drugi siedzi całymi dniami przy komputerze, nic go nie obchodzi, prawie nic nie mówi. Rodzina jest rozbita mimo, że mieszka w jednym miejscu. Jedynym co słychać to krzyki mojej matki od rana, przestało mnie to ruszać ale czasem strzeli w czuły punkt. Wtedy zaczynam się użalać, mam napad i tyle. Wracam po nim do normalności i znowu przestaję tym się przejmować. Sądzę że wyprowadzka to jedyne możliwe rozwiązanie ponieważ mojej matki bez współpracy rodziny nie da się zmienić. A nikomu nie chce się z nią walczyć..
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą napady żarłoczności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą napady żarłoczności. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
Napady obżarstwa
Stało się...
Od około miesiąca, może dwóch nie miałam napadu żarłoczności. Moje życie było w miarę spokojne, nie było dużych sytuacji stresowych. W weekend było inaczej. Rodzice bardzo ale to bardzo mnie wkurzyli. Jak zwykle potraktowali mnie jak 12 - latkę a nie dorosłą osobę: mam być na każde zawołanie, nie mam prawa mieć własnych planów, nie mam prawa odmówić :(.
Poskutkowało to 2 dniami żarcia. Wszystkiego co się nasunęło pod rękę. Z ogromnymi wyrzutami, bólem żołądka, nienawiścią do siebie samej. Wpierdzieliłam całą czekoladę, której miałam nie ruszać i oddać przy najbliższej okazji. Zawiodłam siebie i Narzeczonego. Dodatkowo matka ciągle mi robiła nad uchem uwagi co do tego, że jestem tłusta, nie schudnę do ślubu, jestem zaniedbana (bo nie latam co 5 minut do fryzjera, spa, kosmetyczki i solarium jak ona) i wszystko co złe jest moją winą. A ja ze łzami w oczach sięgałam po 6 z kolei kanapkę z rzędu...
Czuję do siebie kompletny wstręt. Chciałabym schudnąć, przynajmniej nie mieć nadwagi. Ale nie jestem w stanie przestać jeść gdy odzywa się syndrom :(. Czuję się wtedy strasznie nieszczęśliwa, nieatrakcyjna, do niczego. Nie jestem w stanie zapanować nad moimi odruchami. Czuję że jestem uwięziona w swoim ciele a ono chce jeść, jeść i jeść. Ja krzyczę "zostaw to!" ale ono mnie nie słucha...
Wkurzają mnie ludzie, którzy piszą w Internecie rzeczy typu "ale spasła świnia, wystarczyłoby nie jeść" czy "tylko 5% ludzi jest otyłych z powodu hormonów reszcie się nie chce o siebie dbać". Mam wtedy ochotę wsadzić takiego/taką w moją skórę gdy mam napad jedzenia kompulsywnego. Gdy targają okropne emocje, gdy się walczy z własnym ciałem i przegrywa się a później nienawidzi siebie. Bo tu chodzi o psychikę, chorą głowę, sytuacje ciągnące się latami, które do tego doprowadziły. Strasznie ciężko być chorym na syndrom jedzenia kompulsywnego. Teraz mimo wszystko napady zdarzają mi się stosunkowo rzadko, pamiętam moje kilkudniowe orgie z jedzeniem. Czasem miałam napady 3 - 4 razy w tygodniu. Aż dziwne, że nie ważę 100 kg :(.
Na razie staram się podnieść. Odbić od mojego dna. Walczyć z tym dalej. Może i przegrałam bitwę ale postaram się wygrać wojnę.
Od około miesiąca, może dwóch nie miałam napadu żarłoczności. Moje życie było w miarę spokojne, nie było dużych sytuacji stresowych. W weekend było inaczej. Rodzice bardzo ale to bardzo mnie wkurzyli. Jak zwykle potraktowali mnie jak 12 - latkę a nie dorosłą osobę: mam być na każde zawołanie, nie mam prawa mieć własnych planów, nie mam prawa odmówić :(.
Poskutkowało to 2 dniami żarcia. Wszystkiego co się nasunęło pod rękę. Z ogromnymi wyrzutami, bólem żołądka, nienawiścią do siebie samej. Wpierdzieliłam całą czekoladę, której miałam nie ruszać i oddać przy najbliższej okazji. Zawiodłam siebie i Narzeczonego. Dodatkowo matka ciągle mi robiła nad uchem uwagi co do tego, że jestem tłusta, nie schudnę do ślubu, jestem zaniedbana (bo nie latam co 5 minut do fryzjera, spa, kosmetyczki i solarium jak ona) i wszystko co złe jest moją winą. A ja ze łzami w oczach sięgałam po 6 z kolei kanapkę z rzędu...
Czuję do siebie kompletny wstręt. Chciałabym schudnąć, przynajmniej nie mieć nadwagi. Ale nie jestem w stanie przestać jeść gdy odzywa się syndrom :(. Czuję się wtedy strasznie nieszczęśliwa, nieatrakcyjna, do niczego. Nie jestem w stanie zapanować nad moimi odruchami. Czuję że jestem uwięziona w swoim ciele a ono chce jeść, jeść i jeść. Ja krzyczę "zostaw to!" ale ono mnie nie słucha...
Wkurzają mnie ludzie, którzy piszą w Internecie rzeczy typu "ale spasła świnia, wystarczyłoby nie jeść" czy "tylko 5% ludzi jest otyłych z powodu hormonów reszcie się nie chce o siebie dbać". Mam wtedy ochotę wsadzić takiego/taką w moją skórę gdy mam napad jedzenia kompulsywnego. Gdy targają okropne emocje, gdy się walczy z własnym ciałem i przegrywa się a później nienawidzi siebie. Bo tu chodzi o psychikę, chorą głowę, sytuacje ciągnące się latami, które do tego doprowadziły. Strasznie ciężko być chorym na syndrom jedzenia kompulsywnego. Teraz mimo wszystko napady zdarzają mi się stosunkowo rzadko, pamiętam moje kilkudniowe orgie z jedzeniem. Czasem miałam napady 3 - 4 razy w tygodniu. Aż dziwne, że nie ważę 100 kg :(.
Na razie staram się podnieść. Odbić od mojego dna. Walczyć z tym dalej. Może i przegrałam bitwę ale postaram się wygrać wojnę.
czwartek, 19 lipca 2012
BED - mój sposób na poradzenie sobie z napadami żarłoczności
Wiadomo, że najważniejszym problemem osoby z syndromem jedzenia kompulsywnego są napady żarłoczności. Celowo nie piszę "napadami głodu" ponieważ najczęściej się go nie odczuwa. Nie raz w stresowej sytuacji nagle zaczynałam myśleć tylko o tym aby otworzyć lodówkę i pochłonąć znajdujące się tam jedzenie mimo, że jadłam chwilę wcześniej.
W czasie ostatnich 2 miesięcy pisania licencjatu przytyłam 5 kg. Stres związany z nadmiernych wymagań promotorki spowodował że w trakcie pisania co chwilę latałam do lodówki. Pamiętam jak własny żołądek błagał mnie abym przestała a ja nie mogłam. Potężna siła gnała mnie po kolejną rzecz do kuchni. Jadłam i jadłam mimo świadomości, że źle robię. Wtedy naprawdę nie miałam kontroli nad własnym zachowaniem.
W czasie pisania magisterki tak nie było. Co mi pomogło? Oczywiście terapia u psychologa, to oczywiste. Jednak mimo tego napady żarłoczności nie znikły, termin oddania pracy się zbliżał a ja podczas pisania znowu zaczęłam myśleć o jedzeniu. Co wymyśliłam?
Podczas pisania pracy na komputerze położyłam obok siebie białą kartkę z długopisem. Napisałam na górze: Obiad - 13.30. Od tego czasu za każdym razem gdy poczułam potrzebę pójścia do kuchni zaznaczałam to kreseczką i pisałam obok niej godzinę kiedy to się stało. Robiłam tak nawet jeśli przez sekundę pomyślałam o jedzeniu.
Co się okazało? W ciągu godziny myślałam o zajedzeniu stresu nawet po 10 razy. Miałam świadomość, że jestem chora ale gdy zobaczyłam na kartce, że chcę iść jeść po kilku minutach od normalnego obiadu dosyć mnie to zszokowało. Po jakimś czasie stosowania tej metody zauważyłam, że staje się ona substytutem rozładowania stresu. Zaczęłam jeść mniej więcej co 3 godziny, a gdy odczuwałam napięcie stawiałam kreskę i przynosiło mi to ulgę. Nie musiałam już chodzić do lodówki.
Ta metoda skutkuje gdy się odczuwa ciągły stres o dość średnim natężeniu. Stosuję ją także gdy się nudzę, czytam książkę lub oglądam telewizję. Tak, w czasie nudy lubię pójść buszować po kuchni. A w czasie oglądania telewizji chyba większość ludzi lubi coś podjadać... Podejrzewam, że w pracy także będzie skuteczne. Nie stosuję tego podczas naprawdę silnego stresu, wtedy ataki żarłoczności mają przewagę. Muszę coś na to wymyślić ale jeszcze nie wiem co. Jak coś poskutkuje, dam znać :).
W czasie ostatnich 2 miesięcy pisania licencjatu przytyłam 5 kg. Stres związany z nadmiernych wymagań promotorki spowodował że w trakcie pisania co chwilę latałam do lodówki. Pamiętam jak własny żołądek błagał mnie abym przestała a ja nie mogłam. Potężna siła gnała mnie po kolejną rzecz do kuchni. Jadłam i jadłam mimo świadomości, że źle robię. Wtedy naprawdę nie miałam kontroli nad własnym zachowaniem.
W czasie pisania magisterki tak nie było. Co mi pomogło? Oczywiście terapia u psychologa, to oczywiste. Jednak mimo tego napady żarłoczności nie znikły, termin oddania pracy się zbliżał a ja podczas pisania znowu zaczęłam myśleć o jedzeniu. Co wymyśliłam?
Podczas pisania pracy na komputerze położyłam obok siebie białą kartkę z długopisem. Napisałam na górze: Obiad - 13.30. Od tego czasu za każdym razem gdy poczułam potrzebę pójścia do kuchni zaznaczałam to kreseczką i pisałam obok niej godzinę kiedy to się stało. Robiłam tak nawet jeśli przez sekundę pomyślałam o jedzeniu.
Co się okazało? W ciągu godziny myślałam o zajedzeniu stresu nawet po 10 razy. Miałam świadomość, że jestem chora ale gdy zobaczyłam na kartce, że chcę iść jeść po kilku minutach od normalnego obiadu dosyć mnie to zszokowało. Po jakimś czasie stosowania tej metody zauważyłam, że staje się ona substytutem rozładowania stresu. Zaczęłam jeść mniej więcej co 3 godziny, a gdy odczuwałam napięcie stawiałam kreskę i przynosiło mi to ulgę. Nie musiałam już chodzić do lodówki.
Ta metoda skutkuje gdy się odczuwa ciągły stres o dość średnim natężeniu. Stosuję ją także gdy się nudzę, czytam książkę lub oglądam telewizję. Tak, w czasie nudy lubię pójść buszować po kuchni. A w czasie oglądania telewizji chyba większość ludzi lubi coś podjadać... Podejrzewam, że w pracy także będzie skuteczne. Nie stosuję tego podczas naprawdę silnego stresu, wtedy ataki żarłoczności mają przewagę. Muszę coś na to wymyślić ale jeszcze nie wiem co. Jak coś poskutkuje, dam znać :).
Subskrybuj:
Posty (Atom)

