Takie pytanie padło w jednym z komentarzy. A jako, że lubię zastanawiać się nad takimi sugestiami to trochę sobie pofilozofuję :)
Więc wracając do pytania: czy się za bardzo nad sobą nie użalam?
Odpowiedź brzmi: na blogu tak.
Czemu? Po to jest ten blog aby wyrzucić z siebie pewne rzeczy.
Czy użalam się na co dzień? Nie.
Na blogu mogę ponarzekać, powyrzucać z siebie co mi leży na watrobie, tudzież żołądku :P. Matka mnie wkurzy, nagadam na nią i mi przechodzi. Nie można przecież cały czas trzymać tych negatywnych emocji w sobie bo by człowiek zwariował. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że przez 90% czasu jestem silnym człowiekiem. Szalona optymistka, która nie daje sobie w kaszę dmuchać. Jednakże zawsze czai się gdzieś ten 10% gdy uważam siebie za beznadziejną i nic nie wartą. Latami pracowałam nad tymi procentami: w gimnazjum stosunek był odwrotny :(.
Moje jedzenie kompulsywne jest odpowiedzią na wieloletnie znęcanie się psychiczne, rzadziej fizyczne (ale jednak) mojej rodziny. W sumie jak nad tym pomyślę to chyba nie ma nikogo kto by normalnie w niej funkcjonował. Każdy ma jakieś odchyły związane z przebywaniem w dysfunkcji tudzież patologii (na wsi, na przeciwko nas mieszkała ciotka z mężem alkoholikiem i dziećmi). Jeden brat jest kompletnie zamknięty w sobie. Kiedy tylko może ucieka z domu ( w sensie wychodzi i wraca w nocy, nigdy nikogo do nas nie zaprasza), drugi siedzi całymi dniami przy komputerze, nic go nie obchodzi, prawie nic nie mówi. Rodzina jest rozbita mimo, że mieszka w jednym miejscu. Jedynym co słychać to krzyki mojej matki od rana, przestało mnie to ruszać ale czasem strzeli w czuły punkt. Wtedy zaczynam się użalać, mam napad i tyle. Wracam po nim do normalności i znowu przestaję tym się przejmować. Sądzę że wyprowadzka to jedyne możliwe rozwiązanie ponieważ mojej matki bez współpracy rodziny nie da się zmienić. A nikomu nie chce się z nią walczyć..
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toksyczna matka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toksyczna matka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
poniedziałek, 16 lipca 2012
O biciu dzieci
Przepraszam, że mnie długo nie było, wyjechałam na wakacje do tak zapadłej dziury, że nie było tam internetu :(.
Postanowiłam skrobnąć notkę o biciu dzieci ponieważ albo ja oszalałam albo powinnam na siłę zaprowadzić matkę do psychologa. Wspominałam kiedyś, że wmawia mi, że jestem wariatką i wszystko zmyślam. Niby takie proste: pamiętasz coś, widzisz w myślach wyraźnie a ktoś Ci mówi, że to nieprawdziwe, że zmyślasz aby zrobić komuś na złość. Na początku było ok: matka zapomniała, zdarza się. Później gorzej: hmmm, a może to ja nie mam racji.. może rzeczywiście się pomyliłam? Teraz sama zaczynam w siebie wątpić. Lata wawiania mi, że jestem wariatką zaczynają skutkować mimo, że mam świadomość, że to ona zmyśla. Nie wiem czemu się tak dzieje, chyba jestem za słaba psychicznie.
A co się stało? Kilka dni temu wywiązała się dyskusja u mnie w domu na temat bicia dzieci. Powiedziałam głośno i wyraźnie, że razem z braćmi dostawaliśmy często lanie. Co na to moja matka?
"Kłamiesz! Raz ode mnie dostałaś klapsa a gdy kiedyś ojciec was walnął pasem to prawie go z domu wyrzuciłam i powiedziałam, że jak jeszcze raz to zrobi to odejdę!"
Powiedziała to kobieta, która przez lata twierdziła, że skoro biją nas tak aby nie było widać siniaków to znaczy że to nie bicie. Przed oczyma stanęły mi te wszystkie razy gdy za coś dostawaliśmy:
- gdy miałam 6 lat dostałam kilka razy pasem za to, że wydałam własne kieszonkowe na słodycze (do dzisiaj nie wiem czemu, nie mieliśmy zakazu czy coś w tym stylu),
- poszłam ze szkoły do koleżanki i nie powiadomiłam o tym rodziców (na moje usprawiedliwienie podam fakt, że mieszkałam na wsi gdzie wszyscy się znają a koleżanka mieszkała 10 metrów od nas, gdyby matka wyszła z domu i się spytała to każdy chłop by jej powiedział gdzie jestem),
- niechcący rozwaliłam bratu nos (fakt, że się przyznałam i przeprosiłam oraz że stało się to podczas zabawy a nie specjalnie nie miał znaczenia),
- za złe oceny (dla matki 4 już była złą oceną),
- za to, że czegoś nie chciałam zrobić,
- za to, że się odezwałam nie tak jak trzeba,
- za to, że kiedyś ze stresu narobiłam w majtki (w przedszkolu).
Sporo tego jest, większość wyrzuciłam z pamięci bo po co pamiętać o takich rzeczach. Bardziej pamiętam te razy, które uważam za niesprawiedliwe. Kiedyś poskarżyłam się babci (miałam może z 10 lat), że jak jeszcze raz mnie uderzą to zadzwonię na policję. Babcia od razu podniosła krzyk, że zachowuję się jak komunista i chcę donieść na rodziców... Tak więc przyzwolenie było.
I teraz matka zaprzecza. Nie kłóciłam się z nią bo by od razu stwierdziła, że zmyślam. Czasem już sama zaczynam w siebie wątpić. Tylko, że bracia też pamiętają lanie jakie nam spuszczali. Dla matki jest jedno wytłumaczenie: zmówiliśmy się przeciwko niej.
Postanowiłam skrobnąć notkę o biciu dzieci ponieważ albo ja oszalałam albo powinnam na siłę zaprowadzić matkę do psychologa. Wspominałam kiedyś, że wmawia mi, że jestem wariatką i wszystko zmyślam. Niby takie proste: pamiętasz coś, widzisz w myślach wyraźnie a ktoś Ci mówi, że to nieprawdziwe, że zmyślasz aby zrobić komuś na złość. Na początku było ok: matka zapomniała, zdarza się. Później gorzej: hmmm, a może to ja nie mam racji.. może rzeczywiście się pomyliłam? Teraz sama zaczynam w siebie wątpić. Lata wawiania mi, że jestem wariatką zaczynają skutkować mimo, że mam świadomość, że to ona zmyśla. Nie wiem czemu się tak dzieje, chyba jestem za słaba psychicznie.
A co się stało? Kilka dni temu wywiązała się dyskusja u mnie w domu na temat bicia dzieci. Powiedziałam głośno i wyraźnie, że razem z braćmi dostawaliśmy często lanie. Co na to moja matka?
"Kłamiesz! Raz ode mnie dostałaś klapsa a gdy kiedyś ojciec was walnął pasem to prawie go z domu wyrzuciłam i powiedziałam, że jak jeszcze raz to zrobi to odejdę!"
Powiedziała to kobieta, która przez lata twierdziła, że skoro biją nas tak aby nie było widać siniaków to znaczy że to nie bicie. Przed oczyma stanęły mi te wszystkie razy gdy za coś dostawaliśmy:
- gdy miałam 6 lat dostałam kilka razy pasem za to, że wydałam własne kieszonkowe na słodycze (do dzisiaj nie wiem czemu, nie mieliśmy zakazu czy coś w tym stylu),
- poszłam ze szkoły do koleżanki i nie powiadomiłam o tym rodziców (na moje usprawiedliwienie podam fakt, że mieszkałam na wsi gdzie wszyscy się znają a koleżanka mieszkała 10 metrów od nas, gdyby matka wyszła z domu i się spytała to każdy chłop by jej powiedział gdzie jestem),
- niechcący rozwaliłam bratu nos (fakt, że się przyznałam i przeprosiłam oraz że stało się to podczas zabawy a nie specjalnie nie miał znaczenia),
- za złe oceny (dla matki 4 już była złą oceną),
- za to, że czegoś nie chciałam zrobić,
- za to, że się odezwałam nie tak jak trzeba,
- za to, że kiedyś ze stresu narobiłam w majtki (w przedszkolu).
Sporo tego jest, większość wyrzuciłam z pamięci bo po co pamiętać o takich rzeczach. Bardziej pamiętam te razy, które uważam za niesprawiedliwe. Kiedyś poskarżyłam się babci (miałam może z 10 lat), że jak jeszcze raz mnie uderzą to zadzwonię na policję. Babcia od razu podniosła krzyk, że zachowuję się jak komunista i chcę donieść na rodziców... Tak więc przyzwolenie było.
I teraz matka zaprzecza. Nie kłóciłam się z nią bo by od razu stwierdziła, że zmyślam. Czasem już sama zaczynam w siebie wątpić. Tylko, że bracia też pamiętają lanie jakie nam spuszczali. Dla matki jest jedno wytłumaczenie: zmówiliśmy się przeciwko niej.
wtorek, 12 czerwca 2012
Ja i moja toksyczna matka
Po ostatnim poście postanowiłam opisać moje życie z kochaną mamusią.
Kiedyś spytała się mnie dlaczego jej nienawidzę a zaraz później czy ją kocham. Powiem wam, że to były jedne z dwu najtrudniejszych pytań w moim życiu. To samo było później u pani Psycholog - dała mi kartki z różnymi pytaniami, które miałam wsadzić do jednego z koszyczków: "tak", "nie", "nie wiem". Jednym z nich było "kocham moich rodziców", siedziałam nad tą kartką i siedziałam... aż w końcu wylądowało w "nie wiem".
Czy jej nienawidzę? Raczej nie, jawi mi się bardziej jako osoba dość.. żałosna. Może dlatego, że mam dość dużą znajomość psychologii i wiem jakie są przyczyny tego, że postępuje tak a nie inaczej. Kochać.. to za dużo powiedziane, raczej mam do niej stosunek dość ciepły ale jednak obojętny. Gdy nie ma mnie przez dłuższy czas w domu nigdy za nią nie tęsknię.
Ale teraz trochę o toksyczności i nadopiekuńczości mojej mamusi. Problemem z nią jest to, że zarazem chce być moją najlepszą przyjaciółką i panią - władczynią mojego życia. Nie da się tego pogodzić ale ona tego nie rozumie. Od najwcześniejszych lat życia miała do mnie dwutorowy stosunek: w jednej chwili byłam jej laleczką (do dzisiaj mi wypomina, że mimo PRLu nosiłam najlepsze ubranka w mieście) a w drugiej byłam nieznośnym bachorem, który robił nie tak jak chciała. Zawsze musiałam robić i myśleć jak ona chciała, problem w tym, że trafiła kosa na kamień i się często nie dawałam (zwłaszcza w miarę dorastania). Tak więc moja matka:
- wypomina mi ile dla mnie zrobiła i wymaga bym się za to odwdzięczała (potrafi sięgnąć do czasów mojego niemowlęctwa) - czyli żyła i myślała tak jak ona chce,
- wypomina, że jestem najgorsza z całego rodzeństwa mimo, a najstraszniejsze jest to że jestem dziewczyną: no bo gdybym była facetem było by to zrozumiałe,
- chce bym jej mówiła o wszystkim ale gdy mówię o czymś prywatnym jestem wyzywana od kretynek i mam natychmiast zacząć myśleć jak ona - więc jej o niczym nie mówię ale to jeszcze gorzej wg niej,
- od najmłodszych lat próbowała mi wybierać facetów - z bogatych rodzin, najwcześniej gdy miałam 12 lat znalazła mi 15 - latka,
- jęczy, że mnie kocha ale jednocześnie powiedziała mi, że musi mnie trzymać za mordę bo nigdy w życiu do niczego nie dojdę - z moim rodzeństwem jest ta sama gadka,
- gdy kupię sobie ubrania najpierw zachwyca się, że ładne a później mówi, że ktoś idący za mną może się porzygać widząc moje nogi - od najmłodszych lat próbuje mnie na siłę ubierać tak jak ona sobie wymarzyła, nie ważne że nie pasuje to do mojego typu urody i figury oraz to nie mój styl,
- chce być moją przyjaciółką ale jednocześnie nie mam prawa zwrócić się do niej bezpośrednio i nie mam prawa powiedzieć, że coś postanowiłam, np.: nie mogę powiedzieć do niej "podaj mi koc" tylko "czy może mama podać mi koc?" inaczej dostanę w twarz za brak szacunku, to samo z postanowieniem, nie "chcemy z Narzeczonym..." tylko "zastanawialiśmy się z Narzeczonym czy możemy..." - mamy po 25 lat i naprawdę możemy sami zaplanować wesele,
- naturalnie mój Narzeczony jest do dupy tak samo jak ja i umrzemy w miesiąc po opuszczeniu domu - tak, jednocześnie bardzo go lubi i nie ma nic przeciwko niemu,
- żałuje, że mnie nie oddała do domu dziecka po narodzinach bo jestem upośledzona umysłowo ponieważ poszłam nie na te studia, które ona sobie wymarzyła - to samo dotyczyło liceum/przyszłego zawodu/facetów,
- gdy jestem u niej w pracy traktuje mnie jak 8 - latkę: przytula na siłę i mówi jak do niemowlaka - ale jeśli każę jej się odczepić to jestem okrutna bo ją ranię podczas gdy ona okazuje mi miłość,
- jeśli chcę coś zrobić sama to mam awantury przez długi czas aż nie zmienię zdania - jednak jeśli mimo wszystko zrobię co chciałam to ma mnie w dupie (np.: wyjechałam za granicę, na początku był płacz bo to takie niebezpieczne ale gdy pojechałam to się nie interesowała co tam ze mną się dzieje),
- wmawia mi, że jestem wariatką i wszystko co złe to sobie wymyśliłam, ona nigdy by nie powiedziała krzywdzących mnie rzeczy - naturalnie nie przeszkadza jej to później mnie wyzywać od najgorszych.
Życie z nią jest mocno męczące, nie jestem jej idealną córeczką jaką by chciała. Często mnie zmusza do czegoś albo mi robi awantury ale to przecież dla mojego dobra. Przez to od małego cierpiałam na naprawdę silną nieśmiałość. Dopiero koło liceum przestałam dawać się jej manipulacjom a na studiach powiedziałam jej aby się odpierdzieliła od mojego życia. Niestety, nadal z nią mieszkam i tak do końca uwolnić się jest trudno...
Kiedyś spytała się mnie dlaczego jej nienawidzę a zaraz później czy ją kocham. Powiem wam, że to były jedne z dwu najtrudniejszych pytań w moim życiu. To samo było później u pani Psycholog - dała mi kartki z różnymi pytaniami, które miałam wsadzić do jednego z koszyczków: "tak", "nie", "nie wiem". Jednym z nich było "kocham moich rodziców", siedziałam nad tą kartką i siedziałam... aż w końcu wylądowało w "nie wiem".
Czy jej nienawidzę? Raczej nie, jawi mi się bardziej jako osoba dość.. żałosna. Może dlatego, że mam dość dużą znajomość psychologii i wiem jakie są przyczyny tego, że postępuje tak a nie inaczej. Kochać.. to za dużo powiedziane, raczej mam do niej stosunek dość ciepły ale jednak obojętny. Gdy nie ma mnie przez dłuższy czas w domu nigdy za nią nie tęsknię.
Ale teraz trochę o toksyczności i nadopiekuńczości mojej mamusi. Problemem z nią jest to, że zarazem chce być moją najlepszą przyjaciółką i panią - władczynią mojego życia. Nie da się tego pogodzić ale ona tego nie rozumie. Od najwcześniejszych lat życia miała do mnie dwutorowy stosunek: w jednej chwili byłam jej laleczką (do dzisiaj mi wypomina, że mimo PRLu nosiłam najlepsze ubranka w mieście) a w drugiej byłam nieznośnym bachorem, który robił nie tak jak chciała. Zawsze musiałam robić i myśleć jak ona chciała, problem w tym, że trafiła kosa na kamień i się często nie dawałam (zwłaszcza w miarę dorastania). Tak więc moja matka:
- wypomina mi ile dla mnie zrobiła i wymaga bym się za to odwdzięczała (potrafi sięgnąć do czasów mojego niemowlęctwa) - czyli żyła i myślała tak jak ona chce,
- wypomina, że jestem najgorsza z całego rodzeństwa mimo, a najstraszniejsze jest to że jestem dziewczyną: no bo gdybym była facetem było by to zrozumiałe,
- chce bym jej mówiła o wszystkim ale gdy mówię o czymś prywatnym jestem wyzywana od kretynek i mam natychmiast zacząć myśleć jak ona - więc jej o niczym nie mówię ale to jeszcze gorzej wg niej,
- od najmłodszych lat próbowała mi wybierać facetów - z bogatych rodzin, najwcześniej gdy miałam 12 lat znalazła mi 15 - latka,
- jęczy, że mnie kocha ale jednocześnie powiedziała mi, że musi mnie trzymać za mordę bo nigdy w życiu do niczego nie dojdę - z moim rodzeństwem jest ta sama gadka,
- gdy kupię sobie ubrania najpierw zachwyca się, że ładne a później mówi, że ktoś idący za mną może się porzygać widząc moje nogi - od najmłodszych lat próbuje mnie na siłę ubierać tak jak ona sobie wymarzyła, nie ważne że nie pasuje to do mojego typu urody i figury oraz to nie mój styl,
- chce być moją przyjaciółką ale jednocześnie nie mam prawa zwrócić się do niej bezpośrednio i nie mam prawa powiedzieć, że coś postanowiłam, np.: nie mogę powiedzieć do niej "podaj mi koc" tylko "czy może mama podać mi koc?" inaczej dostanę w twarz za brak szacunku, to samo z postanowieniem, nie "chcemy z Narzeczonym..." tylko "zastanawialiśmy się z Narzeczonym czy możemy..." - mamy po 25 lat i naprawdę możemy sami zaplanować wesele,
- naturalnie mój Narzeczony jest do dupy tak samo jak ja i umrzemy w miesiąc po opuszczeniu domu - tak, jednocześnie bardzo go lubi i nie ma nic przeciwko niemu,
- żałuje, że mnie nie oddała do domu dziecka po narodzinach bo jestem upośledzona umysłowo ponieważ poszłam nie na te studia, które ona sobie wymarzyła - to samo dotyczyło liceum/przyszłego zawodu/facetów,
- gdy jestem u niej w pracy traktuje mnie jak 8 - latkę: przytula na siłę i mówi jak do niemowlaka - ale jeśli każę jej się odczepić to jestem okrutna bo ją ranię podczas gdy ona okazuje mi miłość,
- jeśli chcę coś zrobić sama to mam awantury przez długi czas aż nie zmienię zdania - jednak jeśli mimo wszystko zrobię co chciałam to ma mnie w dupie (np.: wyjechałam za granicę, na początku był płacz bo to takie niebezpieczne ale gdy pojechałam to się nie interesowała co tam ze mną się dzieje),
- wmawia mi, że jestem wariatką i wszystko co złe to sobie wymyśliłam, ona nigdy by nie powiedziała krzywdzących mnie rzeczy - naturalnie nie przeszkadza jej to później mnie wyzywać od najgorszych.
Życie z nią jest mocno męczące, nie jestem jej idealną córeczką jaką by chciała. Często mnie zmusza do czegoś albo mi robi awantury ale to przecież dla mojego dobra. Przez to od małego cierpiałam na naprawdę silną nieśmiałość. Dopiero koło liceum przestałam dawać się jej manipulacjom a na studiach powiedziałam jej aby się odpierdzieliła od mojego życia. Niestety, nadal z nią mieszkam i tak do końca uwolnić się jest trudno...
niedziela, 10 czerwca 2012
Przyczyny syndromu jedzenia kompulsywnego: część II
Kolejną przyczyną, którą opiszę jest wpływ środowiska na wystąpienie BED.
Zdecydowana większość z nas ma rodzinę, jednakże w wielu z nich nie dzieje się najlepiej. Często występują jakieś dysfunkcje. Może być to powodem wystąpienia syndromu jedzenia kompulsywnego. Najbardziej podatne są osoby, które mają w swojej rodzinie następujące relacje:
- uwikłanie,
- nadopiekuńczość,
- sztywność,
- swoiste sposoby radzenia sobie z problemami,
- włączanie dziecka w konflikt małżeński*.
1) Uwikłanie polega na tym, że dana rodzina skupia się jedynie na sobie, nie przyjmując nikogo z zewnątrz. Panuje w niej przekonanie, że brak odrębności jednostki i jej prawa do prywatności sprzyja lojalności wobec rodu. Wszyscy muszą wszystko o wszystkich wiedzieć i nie mają oporów by integrować w czyjeś myśli i uczucia, wyłamanie się z tego traktowane jest jako zdrada. Świat zewnętrzny jest postrzegany jako zły i bardzo niebezpieczny a rodzina jawi się jako miejsce bezpieczne i spokojne. Wynikiem życia w takim środowisku najczęściej jest brak socjalizacji, zamykanie się w obrębie najbliższych, problemy z separacją i indywidualizacją jednostki*.
2) Myślę, że każdy wie czym jest nadopiekuńczość ale i tak ją opiszę. Charakteryzuje się nadmiernym chronieniem jednostki przez opiekunów. Skutkuje to lękiem przed światem zewnętrznym, bezradnością, nadmiernej odpowiedzialności za rodzinę i utrudnia samodzielność*.
3) Sztywność jest to brak umiejętności dostosowania się do nowych warunków. Wszystko co nowe i nieznane jest postrzegane jako zagrażające rodzinie. Najczęściej wyraża się to w tym, że rodzice nie chcą przyjąć do wiadomości, że ich dzieci są dorosłe i mają prawo decydować o sobie. Nie zmieniają swojego zachowania w stosunku do nich*.
4) Swoiste sposoby radzenia sobie z problemami to inaczej unikanie i negowanie problemów rodziny. W takim środowisku konflikt czy inne stanowisko jest postrzegane jako zdrada rodu i brak lojalności wobec niego*.
5) Włączanie dziecka w konflikt małżeński - nazwa mówi sama za siebie. Proces może wyglądać następująco:
- rodzice starają się przeciągnąć dziecko na swoją stronę by pomagało w walce z drugim,
- koalicja dziecka z jednym rodzicem przeciwko drugiemu,
- zastępcze opiekowanie się gdy rodzice przysłaniają konflikt opieką nad dzieckiem (najczęściej chorym),
- zastępcze kontrolowanie, czyli konflikt zostaje przysłonięty kontrolą nieakceptowalnych zachowań dziecka*.
Skutkami wspólnymi tych wszystkich relacji dla jednostki są:
- problemy z separacją i indywidualnością,
- lojalność wobec członków rodziny,
- słabe związki poza rodzinne,
- brak samodzielności,
- integracja rodziny w prywatne sprawy osoby,
- przy próbie samodzielnego myślenia czy dążeń zmuszanie przez rodzinę do ponownego wejścia na jedyną, słuszną drogę,
- kobieta ma odgadywać i spełniać pragnienia innych członków rodziny*.
Kolejnym powodem wystąpienia BED, który mnie bezpośrednio dotyczy, jest toksyczność rodziców. Najczęściej jest to matka. Charakteryzuje się to uzależnieniem psychicznym od rodzica, który mimo że dziecko jest dorosłe wkracza w jego życie i steruje nim. Przejawia się to najczęściej wmawianiem, że dana osoba jest głupia/słaba/zła i sama sobie w życiu nie poradzi, za to rodzic wie wszystko najlepiej i gdy się go będzie słuchać wyjdzie się na tym dobrze. Skutkuje to poczuciem niskiej wartości jednostki, niepewnością i słuchaniem się we wszystkim rodzica. Następstwem próby odcięcia się lub zrobienia czegoś inaczej niż życzy sobie rodziciel jest szantaż emocjonalny, np.: ja całe życie wypruwałam sobie żyły dla Ciebie a Ty jesteś taka niewdzięczna/niewdzięczny!! Dziecko zawsze jest za mało idealne i nie pasuje do wygórowanych wymagań rodzica, co bardzo często jest mu wypominane. Taki toksyczny związek może trwać latami aż do śmierci rodzica, a nawet po niej. Bez terapii wiele osób nie potrafi sobie ułożyć życia nawet jeśli mają np.: 60 lat*.
Naturalnie typy relacji rodzinnych mogą mieszać się ze sobą oraz jednocześnie może występować toksyczność rodziców. U mnie oprócz toksyczności matki mam problem z jej nadopiekuńczością. Może to kiedyś opiszę.
Oprócz wyżej wymienionych powodów istnieją także patologie, które polegają na niespełnianiu podstawowych funkcji rodziny. Zaliczamy do nich:
- rozpad rodziny,
- przemoc w rodzinie,
- pozbawienie praw rodzicielskich,
- osłabienie funkcji wychowawczej w rodzinie ,
- sieroctwo społeczne.
- przemoc w rodzinie,
- pozbawienie praw rodzicielskich,
- osłabienie funkcji wychowawczej w rodzinie ,
- sieroctwo społeczne.
Panują w nich najczęściej takie zjawiska jak:
- narkomania,
- alkoholizm,
- przestępczość,
- przemoc,
- maltretowanie,
- alkoholizm,
- przestępczość,
- przemoc,
- maltretowanie,
- molestowanie,
- kazirodztwo,
- pedofilia.
Często wyżej wymienione rzeczy przechodzą na dzieci, które powielają patologiczny schemat rodziny (np.: córka alkoholika wyjdzie za alkoholika czy ofiara przemocy zwiąże się z osobą lubiącą bić swoją drugą połówkę). Wszystkie te rzeczy wymagają wiele pracy i najczęściej pomocy psychologa. Z patologii można wyjść jednakże jest to bardzo trudne*.
* Na podstawie:
Wiatrowska Anna 2009. "Jakość życia w zaburzeniach odżywiania", Lublin: Wydawnictwo UMCS.
http://www.magnoli.pl/?p=427
http://www.magnoli.pl/?p=114
http://www.rodzina.zdrowie-stat.waw.pl/rodzina-patologiczna
http://www.edukacja.edux.pl/p-13106-zjawisko-rodziny-patologicznej.php
Subskrybuj:
Posty (Atom)
